piątek, 19 stycznia 2018

ROZKOSZ NIEUJARZMIONA-LARISSA IONE

 ROZKOSZ NIEUJARZMIONA-LARISSA IONE
Tytuł: Rozkosz Nieujarzmiona
Autor: Larissa Ione
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 406
Cena katalogowa: 35,90 zł

W ślad za nim podążało niebezpieczeństwo... podążało, bo nie miało odwagi wejść mu w drogę.





Sięgacie czasem po książki z gatunku paranormal romance?
Obecnie zdarza mi się to rzadziej, niż te kilka (naście) lat temu, kiedy jako nastolatka wprost zachłysnęłam się historiami o wampirach, wilkołakach i innych demonach. Co tu kryć, dałam się porwać fali popularności sagi Zmierzch Stephenii Mayer i nim się obejrzałam, półki uginały się pod ciężarem wampirycznych romansów. Pamiętam, że nie byłam w tym szaleństwie odosobniona, większość moich rówieśniczek wpadło w sidła romantycznych i tajemniczych stworzeń nocy.
Dziś wydaje mi się, że niektórzy ukrywają fakt, że czytali podobne książki, co najmniej jakby był to powód do wstydu. Osobiście nie zamierzam ukrywać mojej sympatii do tego gatunku, choć mój gust literacki, na przestrzeni lat, które upłynęły, znacznie się zmienił i rozwinął. Przyznaję, że nadal chętnie podczytuję paranormalne romanse, więc i takich recenzji możecie się na moim blogu spodziewać.

Jakiś czas temu, w moje ręce trafiły książki z serii Daemonica, wydanej w Polsce przez wydawnictwo Papierowy Księżyc w 2012 roku. Dziś opowiem Wam o swoich wrażeniach po przeczytaniu pierwszej części.



Akcja powieści toczy się wokół szpitala, ale nie byle jakiego przybytku leczącego chorych, bowiem mowa o szpitalu dla demonów. Tayla jest człowiekiem i należy do organizacji zrzeszającej ludzkich wojowników. Aegis, bo tak nazywa się stowarzyszenie, dla którego pracuje,  bez reszty poświęcają się chronieniu świata ludzi przed złem i istotami nadprzyrodzonymi. Podczas wykonywania jednej z misji, zostaje poważnie ranna, a odpowiedzialny za to jest pragnący zabijać demon Cruentus. Ironia losu sprawia, że  nieprzytomna zabójczyni demonów, trafia wprost do ich podziemnego świata a jej życie leży w rękach pewnego piekielnie przystojnego przedstawiciela tego gatunku.


Jeśli zamek Draculi pieprzył się kiedyś z jakimś szpitalem, to ten budynek z pewnością był jego czarcim pomiotem.


Obecność zabójczyni Aegis w tajnym szpitalu budzi niemały niepokój. Podczas gdy wszyscy jednogłośnie sugerują, aby natychmiast się jej pozbyć, zanim odzyska przytomność i ściągnie na nich niebezpieczeństwo, Eidolon postanawia uleczyć Taylę. Choć zdrowy rozsądek podpowiada mu, aby natychmiast ją zabić, jego demoniczny instynkt, każe mu ją posiąść. Nie ma się co dziwić, w końcu jest Seminusem, demonem zaprogramowanym na zaspakajanie kobiet, który, zaczyna tracić nad sobą panowanie. Jakby człowiek należący do Aegis przebywający w jego szpitalu był niewystarczającym zmartwieniem, ostatnia faza przemiany zbliża się nieubłaganie.

Lepiej zabierz rękę, jeśli nie chcesz, żebym zatrzymał samochód i wziął cię na tym fotelu.


Już sam tytuł sugeruje nam, że powieść przepełniona jest erotyzmem. Jeśli sceny seksu nie napawają Cię przerażeniem a wręcz zacierasz rączki na to kiedy wreszcie się pojawią, zdecydowanie ta seria przypadnie Ci do gustu. Nie ma złudzeń, że to relacja Tayli i Eidolona napędza cała akcję, ich wzajemny pociąg, odmienność gatunków i nienawiść, jaką do siebie żywią. Nie od dziś wiadomo, że zakazany owoc smakuje najlepiej :) Autorka napisała te sceny w sposób mistrzowski, nic więc dziwnego, że Daemonica stała się międzynarodowym bestsellerem. Powieść ocieka seksem, pobudza wyobraźnię i zostawia apetyt na więcej.



W połączeniu z ostrym dowcipem otrzymujemy seksowną, zabawną powieść, od której, gwarantuję nie sposób się oderwać.

- a poza tym... rany, koleś. prędzej wepchnąłbym fiuta w nieżyjącego od miesiąca trupa. - mogę się założyć, że już to robiłeś. - to eliminuje konieczność przytulania się po seksie. 


Jedyne, do czego MUSZĘ się przyczepić, bo nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała,  to okładka, która jest koszmarna. Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś postanowił tak pokarać tę książkę taką szatą graficzną. Wygląda to niestety gorzej niż źle. Jednak, w myśl przysłowia mówiącego, że nie należy oceniać książki po okładce, przymknijcie oko na ten, okładkowy dramat i dajcie szansę treści.

Wdzięczna za wyspę pośrodku koszmarnego oceanu, w którym pływała, wtuliła się w jego objęcia i zastanawiała, jak długo jeszcze będzie stąpać po wodzie zanim utonie.


Książkę czytało się bardzo przyjemnie i uważam, że to obowiązkowa lektura dla wszystkich wielbicieli paranormal romance [tych ukrytych także :)]. Wypatrujcie niebawem recenzji drugiej części, Pragnienie wyzwolone, w której poznamy bliżej brata Eidolona, niepokornego Shade'a. :)

Buziaki, Kobieta z Pasją.

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Papierowy Księżyc. 

środa, 10 stycznia 2018

My little porno-Łukasz Wojnarowski

My little porno-Łukasz Wojnarowski
Prawda Cię wyzwoli, ale najpierw nieźle wkurzy.
                                                                    -John Maxwell 





Tytuł: My little porno
Autor: Łukasz Wojnarowski
Wydawnictwo: Novae Res
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 232
Cena katalogowa: 29 zł


My little porno Łukasza Wojnarowskiego to książka nietuzinkowa ,już sam jej tytuł jest kontrowersyjny i wzbudza zainteresowanie.
Prześmiewcza okładka przykuła moją uwagę podczas przeglądania zdjęć na Instagramie. 
Zostawiłam komentarz, bo nie byłabym sobą, gdybym przeszła obok takiej pozycji obojętnie i zapisałam w telefonie zrzut ekranu z zamysłem wpisania jej na moją niekończącą się listę książek, które chcę przeczytać.
Wymieniłam kilka wiadomości z Łukaszem, autorem owej historii, i tak oto książka znalazła się w moich rękach.

Z tylnej okładki wprost krzyczy do nas następujące zdanie:
"Opowieść o tym, jak  jeden krótki SMS może odmienić życie." 

które w zestawieniu z tytułem i zabawną okładką mnie kupiło. Prawdę mówiąc nie wczytywałam się nawet szczególnie w komentarze, krążące na temat  tej pozycji  w sieci, co jest do mnie nie podobne, gdyż mam w zwyczaju robić porządny rekonesans zanim sięgnę po daną lekturę. W końcu nie ma nic gorszego niż rozczarować się książką, która wydawała się być bardzo obiecująca
W tym przypadku wiedziałam, że MUSZĘ  przeczytać My little porno.


Książka napisana jest w formie dziennika, mamy więc do czynienia z narracją pierwszoosobową. Główny bohater, Tomasz Domagalski, wciąga nas w wir swoich pędzących w szalonym tempie myśli. Pokazuje nam jak postrzegają go jego bliscy, jednocześnie pozwalając zajrzeć za wysoki mur, którym odgrodził swoje uczucia od świata zewnętrznego.

Cała historia ma swój początek w krótkim SMS-ie, którego treść to, ni mniej ni więcej: My little porno. Tajemniczy nadawca, ukryty za podpisem Em, nie pozwala jednak łatwo o sobie zapomnieć. Skłania mężczyznę do odbycia podróży w głąb swoich wewnętrznych fortyfikacji, w miejsca, do których nie chce wracać, które myślał, że już na zawsze pozostawił daleko za sobą.




"Życie jest nieprzerwaną walką, nad którą nigdy nie mamy i nie będziemy mieli kontroli. Myśląc, że jest inaczej, żyjemy jedynie w iluzji. Czasem pięknej, ale zawsze w iluzji."

Dokąd zaprowadzi go ta nierówna gra i jak wpłynie to na jego poczucie własnej tożsamości musicie przekonać się sami, sięgając po tę pełną sarkastycznego humoru książkę.

Nie oczekujcie romantycznych opisów miłości, pretendujących do kolejnej ckliwej komedii romantycznej, którymi kina torturują nas z okazji zbliżających się walentynek. Jeśli liczycie na wzniosłe opisy aktów miłosnych, to czeka Was ogromne rozczarowanie.

"Skurwysyn jakich mało. Szef wszystkich szefów.Podstarzały lowelas, który na widok każdej laski ślini się niczym prawiczek oglądający  pierwszego w życiu pornosa. Żadnej nie przepuści, to jeden z tych facetów, którzy ruchają wszystko, co się rusza,  byleby miało dziurę."

My little porno to brzydka książka, napisana językiem wulgarnym, miejscami bardzo sarkastycznym. Autor prowokuje, rozśmiesza i mimo wszystko skłania do chwili refleksji . Łukasz Wojnarowski  w swojej powieści przedstawia nam życie młodego człowieka, bez niepotrzebnego ubierania go w ładne opisy.

Książkę czyta się błyskawicznie, zdecydowanie jest to lektura na jeden wieczór z kieliszkiem ulubionego wina. Niewątpliwie jest to ten rodzaj powieści, która nie każdemu przypadnie do gustu. Zapewne sporo osób skreśli ją z uwagi na bezpośredni język, czy oczywistą prowokację.
Same dialogi mogłyby być lepsze. Miejscami nie wnoszą do historii zupełnie nic, czasami są przydługie i po prostu nudne. Mogłyby być też nieco bardziej autentyczne, gdyż zarówno na tle narracji, jak i stylu powieści  wypadają dość sztucznie.




Polecam jednak dać tej książce szansę. W mojej ocenie, My little porno to w gruncie rzeczy całkiem udany debiut literacki. I nie ukrywam, że chciałabym przeczytać kolejne książki tego autora.

Buziaki, Kobieta z Pasją.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorowi-Łukaszowi Wojnarowskiemu.

sobota, 2 grudnia 2017

RYWALKI-KIERA CASS

RYWALKI-KIERA CASS

Jeśli twoje życie naprawdę stanęło na głowie, to znaczy, że ona musi gdzieś tu być. Prawdziwa miłość zwykle jest okropnie niewygodna.

Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 336
Cena katalogowa: 37,90 zł


Od premiery tej książki minęło już 5 lat i jak przypuszczam, większości z Was ta historia jest już bardzo dobrze znana. Wierzcie lub nie, ale ja przeczytałam ją dopiero teraz! Nie mam pojęcia dlaczego tak późno, bo jej popularność nie wzięła się znikąd. Już z pewnością, domyślacie się, że dołączyłam do grona fanek Americi Singer i słusznie. Wszystkim zwolennikom silnych damskich charakterów książka z pewnością przypadnie do gustu. Jeśli jesteście ciekawi mojego zdania na temat tej historii, zapraszam Was do czytania dalej. Ucieszy Was na pewno fakt, że stworzyłam rysunkową recenzję, koniecznie napiszcie mi co o niej myślicie. 

Książka pisana jest z perspektywy młodej dziewczyny, która na co dzień musi mierzyć się z niesprawiedliwością podziałów społecznych. W Illei panuje krzywdzący system klasowy, dzielący ludność na warstwy. Każda z nich ma przypisany numer, gdzie 1 należy jedynie do rodziny królewskiej zaś 8 to najniższy szczebel systemowej drabiny, do którego zaliczają się najbiedniejsi. America Singer należy do grupy piątek, w której plasują się, między innymi, artyści. Wraz z rodziną wiedzie skromne życie, boleśnie odczuwając miesiące ubogie w zlecenia. 

Szansą na polepszenie sytuacji finansowej jest udział w Eliminacjach, czyli w konkursie na żonę młodego księcia. W Illei panuje tradycja, w imię której wszystkie dziewczęta z rodziny królewskiej zostają wydane za mężczyzn z zagranicy celem poprawy stosunków politycznych, zaś mężczyźni biorą za żonę kobietę z ludu. Kandydatka każdego z powiatu udaje się wraz z 34 innymi do Pałacu, gdzie będą rywalizowały o serce Maxona. Każda z zakwalifikowanych automatycznie awansuje do poziomu klasy trzeciej, a rodzina może liczyć na finansowe wsparcie ze strony monarchii. Zwycięstwo zaś gwarantuje przepustkę do świata jedynek i bezpieczne życie u boku władcy. 
Szansa na zostanie księżniczką, jest bez wątpienia spełnieniem marzeń każdej z młodych dziewcząt zamieszkujących Illee, każdą.. oprócz Americi Singer.

Czy pomimo niechęci, uda jej się odnaleźć w pałacu, stawiając dobro bliskich ponad własne przekonania? Czy książę Maxon jest w rzeczywistości taki sztywny jakim ukazuje go telewizja? Czy uda się nawiązać choć wątłą nić przyjaźni wśród rywalek w starciu o miłość księcia?
O tym musicie przekonać się sami sięgając po książkę.*
*Możecie też przeczytać spojlerowane recenzje, których na temat tej książki powstało nad wyraz wiele, ale tego Wam nie polecam :) Apel do recenzentów! Błagam nie piszcie o tym jak się kończy cała historia! Jaka wtedy przyjemność z czytania? 

To ostatni wieczór, kiedy możecie się cieszyć byciem zwykłą dziewczyną. Jutro, niezależnie od tego, co się stanie, wasze życie się zmieni. Mam tylko jedną starą radę, którą ciągle pozostaje aktualna: bądźcie sobą.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że jest to przeciętna historia skierowana do nastolatek, co pewnie w jakimś stopniu było przyczyną, tak długiego odwlekania przeczytania tej pozycji przeze mnie. Po skończonej lekturze, jestem jednak, nawet więcej niż pozytywnie zaskoczona! 

Książka napisana jest bardzo przystępnym językiem i czyta się ja ekspresowo. Autorka nie zanudza nas przydługimi opisami miejsc, jednak są one na tyle rozbudowane, aby czytelnik był w stanie odtworzyć świat przedstawiony w powieści, w swojej wyobraźni.

Na tle pozostałych postaci, główna bohaterka wypada korzystnie, ale nie jest przesadnie wyidealizowana. Sprawia wrażenie sympatycznej, troskliwej i inteligentnej osoby. 
Wątki miłosne, bo oczywiście mają one miejsce w całej historii, nie są przytłaczające. Cass sprytnie balansuje pomiędzy rodzącym się, nowym uczuciem a szaleńczą pierwszą miłością. 

Podobało mi się w jaki  sposób wykreowała ona świat w powieści. Motyw Ameryki, jako małe rodzące się po trudach wojennych Państwo, atakowane przez rebeliantów i walczące o przetrwanie niesamowicie mnie zaciekawił. Mam nadzieję, że w następnych częściach, które dopiero przede mną, dowiem się o Ilei czegoś więcej. 

Szkoda, że tak niewiele informacji było dane mi poznać o parze królewskiej jak i  pozostałych kandydatkach Eliminacji. Kilka z nich szczególnie wzbudziło moją sympatię. 

Czasem, aby coś ukryć, najlepiej robić to na oczach wszystkich.

Wprawdzie nie zakwalifikowałabym Rywalek, do mojego rankingu książek wszech czasów, jednak znalazły się bardzo wysoko na liście tych, które mi się spodobały.
Mało tego, historia ta przypadła mi do gustu na tyle, że postanowiłam stworzyć na jej podstawie rysunkową recenzję, którą możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. 







Nie mogłam odmówić sobie namalowania tej przepięknej sukni, która znalazła się na okładce. Moja wewnętrzna sroka okładkowa, była nią bardzo usatysfakcjonowana. :)
Pokusiłam się również o namalowanie niepokornego Aspena i oczywiście Jego Wysokość Księcia Maxona. Mam nadzieję, że choć w małym stopniu odpowiadają Waszym wyobrażeniom.
Koniecznie napiszcie mi w komentarzu, czy chcielibyście, abym stworzyła zakładki z postaciami z Rywalek, a jeśli tak, to z którymi. Wasze zdanie jest dla mnie bardzo ważne.

Jestem też bardzo ciekawa, recenzję jakiej książki, chcielibyście abym narysowała, jako następną?
Zdradzę Wam, że jest już prawie gotowa! :) 
Zgadujcie, może uda Wam się wytypować prawidłowo? :)

BuziakiKobieta z Pasją.

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Wydawnictwu Jaguar





poniedziałek, 27 listopada 2017

Grudniownik, czyli jak odnaleźć i zatrzymać magię świąt+LISTA TEMATÓW DO POBRANIA

Grudniownik, czyli jak odnaleźć i zatrzymać magię świąt+LISTA TEMATÓW DO POBRANIA


Ten kto obserwuje mnie na Instagramie wie, że co jakiś czas, a szczególnie od połowy listopada, wspominam o GRUDNIOWNIKU. Za każdym razem, dostaję sporo pytań, o co chodzi i czym jest ten tajemniczy grudniownik. Zwykle odpowiadam Wam w kilku zdaniach, tłumacząc pokrótce, istotę zimowego albumu. Tym razem, postanowiłam jednak, zebrać wszystkie istotne informacje w jednym miejscu i stworzyć dla Was ten post. Opowiem Wam wszystko, co powinniście wiedzieć o gromadzeniu grudniowych wspomnień. Mam cichą nadzieję, że uda mi się zainspirować Was do stworzenia własnego albumu.

CO TO JEST GRUDNIOWNIK?

Grudniownik, to taki specjalny album, który tworzymy tylko w grudniu. Cała zabawa polega na dokumentowaniu wspomnień, z tego ostatniego miesiąca w roku. Drobne, pozornie nieistotne wydarzenia, mogą wywołać wielki uśmiech na twarzy, kiedy wrócimy do nich po kilku latach. Codziennie robimy jedno zdjęcie, które wraz z krótką notatką, będzie tworzyło kartę w albumie. Jedni traktują grudniownik jako album upamiętniający okres przygotowań do świąt i tworzą takich kart 24, inni natomiast (w tym ja) prowadzą album przez cały grudzień. 

PO CO TWORZYĆ GRUDNIOWNIK?

Grudniownik to NAJLEPSZY sposób na odnalezienie na nowo, zapomnianej magii świąt!
Pamiętacie, jak wspaniale było czekać na święta, będąc dzieckiem? Dom wypełniały smakowite zapachy świątecznych potraw, które mama wraz z babcią przygotowywały w kuchni, a ja z moim kochanym tatą i rodzeństwem dekorowałam choinkę i zastanawiałam się, czy aby na pewno Święty Mikołaj otrzymał mój list. Słuchaliśmy ulubionych kolęd podśpiewując wesoło, a wieczorem podziwiałam jak zaczarowana naszą wspaniałą choinkę, migoczącą mnóstwem światełek z kubkiem gorącej czekolady w ręku i ukochanym psem przy boku. Do dziś pamiętam tę wspaniałą atmosferę, która towarzyszyła mi w tym szczególnym miesiącu, jakim jest grudzień.
Dorosłość pozbawiła mnie sporej części tej niesamowitej magii, którą tak łatwo było cieszyć się będąc dzieckiem. Z pewnością i Wam zdarza się powtarzać "W ogóle nie czuję, że zbliżają się święta!" albo "Gdzie się podziała ta radość świąt? Teraz nawet nie zauważam, kiedy przemijają..". Zabrzmiało znajomo? Jeśli i Wy, chcecie choć przez chwilę znów poczuć się jak dawniej i odnaleźć w sobie resztki tej zapomnianej, dziecięcej radości, zróbcie swój pierwszy GRUDNIOWNIK!



JAK STWORZYĆ GRUDNIOWNIK?

Nie ma żadnych zasad, określających, jak ma wyglądać Wasz grudniownik. Panuje tutaj pełna dowolność. Może być w formie albumu scrapowego albo takiego najzwyklejszego, do którego będziecie wkładać swoje fotografie wraz z krótkim opisem dnia lub wykorzystajcie do tego zwykły notes. Prowadzicie Project Life i nie chcecie mieć grudnia osobno? Wystarczy zrobić przekładkę, która będzie pięknie odznaczała grudniowe karty, od reszty roku. A może chcecie wykorzystać do tego swój Bullet Journal? To świetny pomysł! Wydzielcie sobie 24 lub 31 stron i zaznaczcie ich brzegi świąteczną taśmą washi, by móc je łatwo odszukać. Nie chcecie robić zdjęć? Żaden problem! Możecie potraktować grudniownik jako małą formę dziennika. Opisujcie każdy dzień, to co się wydarzyło, wszystkie drobne radości. Napiszcie sami lub wraz z Waszymi pociechami listy do Świętego Mikołaja, zróbcie ranking ulubionych piosenek i filmów świątecznych. Zapisujcie wszystko, co chcielibyście zapamiętać.
Tylko nie mówcie, że nie macie zdolności plastycznych! Nie są Wam tutaj potrzebne. Grudniownik nie musi być stworzony dla całego świata, bo jeśli będą w nim Wasze wspomnienia, będzie dla Was tym idealnym, najpiękniejszym. Czerpcie z tego radość, nie zapominajcie, że chodzi przede wszystkim o zabawę. 

Mój tegoroczny grudniownik będzie w segregatorze. Możecie go zobaczyć na zdjęciu powyżej. Przemalowałam go na biało używając do tego białego Gesso i aby uniknąć zabrudzeń nie stracić matowego efektu, zabezpieczyłam cieniutką warstwą Gesso Clear i dodałam ozdoby według uznania. Znacie mnie już troszkę, więc wiecie, że lubię gdy jest na bogato, więc na mojej okładce dużo się dzieje. Chciałam stworzyć zimowy wianek, przyprószony śniegiem i chyba mi się udało osiągnąć zamierzony cel.
 Bardzo podobają mi się te mini lizaki w kształcie lasek! Wiecie jak je zrobiłam? To po prostu kawałek drutu, wciśnięty w sznurek i zagięty. 
Efekt chromu na tekturce tworzącej napis, uzyskałam pokrywając ją Glossy Accent i kolorując markerem Molotow Liquid Chrome, którego uwielbiam i z pewnością użyję w grudniowniku jeszcze nie raz.
Kolory jakie wybrałam to biel, błękit i srebro czyli dokładnie takie same, jak rok temu. Zostało mi mnóstwo przydasi, więc chciałam je wykorzystać.




Tak wygląda mój grudniownik z ubiegłego  roku.
Okładkę stworzyłam z dwóch kawałków sztywnej tektury introligatorskiej, które okleiłam papierami scrapowymi i udekorowałam tak jak lubię.
Główną ozdobą było okienko typu shaker box, w którym jako tle wkleiłam wykonane przeze mnie zdjęcie i wrzuciłam do środka trochę srebrnych kuleczek i cekin, które przesypują się i grzechoczą. Taki shaker box jest bardzo banalny w wykonaniu, jeśli chcecie przygotuję dla Was tutorial ze zdjęciami krok po kroku, jak go zrobić.
Podobnie jak tegoroczny album, całość była zawiązywana koronką.

A może chcielibyście, krótki filmik, na którym pokazałabym Wam zawartość tego albumu? Napiszcie w komentarzu, co sądzicie na ten temat. :)

KILKA DOBRYCH RAD NA POCZĄTEK

1. Nie wykupujcie od razu połowy sklepu papierniczego! Na początek określcie w jakich kolorach chcecie stworzyć swój album i trzymajcie się tych wytycznych. Dzięki temu wszystkie wpisy będą tworzyły spójną całość.
2. Jeśli nie macie możliwości aby codziennie uzupełniać swój album, notujcie, co działo się danego dnia. Dzięki temu unikniecie sytuacji, w której chcecie nadrobić wpisy grudniownikowe, ale nie pamiętacie co i kiedy się działo. U mnie ten sposób świetnie się sprawdza!
3. Jeśli nie możecie drukować zdjęć samodzielnie w domu, warto skorzystać z tzw. Foto Labów. To nic innego jak maszyny, dzięki którym możecie wydrukować swoje zdjęcia natychmiastowo. Znajdziecie je na przykład w sieci drogerii Rossmann. Dobrym pomysłem jest drukowanie zdjęć co 3-4 dni, pozwoli to uniknąć dużych zaległości, które mogą zniechęcić do dokończenia albumu.
4. Nie przejmujcie się, jeśli Wasz grudniownik nie wygląda jak rodem z Pinteresta! Ważne, aby to Wam się podobał i był pełen Waszych wspomnień. 
5. Dołączcie do grupy facebookowej o nazwie GRUDNIOWNIK {decemberdaily}, to fantastyczne miejsce, które jest kopalnią grudniownikowych inspiracji! Możecie na jej łamach pochwalić się swoim albumem i podejrzeć dzieła innych. Karina, założycielka grupy, codziennie dba, aby nikomu nie zabrakło inspiracji. Zadaje pytania dotyczące naszych albumów, a w komentarzach inspirujemy się wzajemnie i dzielimy motywacją, zwłaszcza z początkującymi. Zapraszam Was serdecznie, dołączcie do nas! :) 
6. Nie poddawajcie się, jeśli uznacie, że chyba Wam nie wychodzi! Odłóżcie album, odpocznijcie, napijcie się gorącej czekolady i poprzeglądajcie grudniowniki innych. Nim dopijecie swój napój w głowie będziecie mieć co najmniej 10 nowych pomysłów! Słowo daję, zawsze tak jest :)
7. Nie przejmujcie się, jeśli nie nadrobicie zaległości przed końcem grudnia! Zawsze można zrobić to później, zwłaszcza jeśli macie swoje notatki z każdego dnia.
8. Pamiętajcie o robieniu zdjęć! Nie muszą to być profesjonalne fotografie, wystarczy zwykła fotka zrobiona telefonem (zwłaszcza, że telefony mają teraz wbudowane całkiem niezłe aparaty!). Zawsze lepiej cyknąć kilka ujęć, by później wybrać to jedno, które najbardziej nam się spodoba i nie będzie rozmazane.
9. Zgromadźcie wszystkie ozdoby w jednym miejscu, np w pudełku. Dzięki temu, nie będziecie musieli codziennie wszystkiego szukać. Stwórzcie sobie taki podręczny niezbędnik grudniownikowy.
10. Nie zapominajcie o najważniejszym: CZERPCIE Z TEGO JAK NAJWIĘCEJ RADOŚCI! Pamiętajcie, że chodzi głównie o dobrą zabawę i miłe spędzanie grudniowych wolnych chwil. Celebrujcie codzienność i doceniajcie te krótkie, ulotne chwile. Obiecuję Wam, że w następnym roku z niecierpliwością będziecie wyczekiwać grudnia, aby móc to powtórzyć. :)

A na koniec czas na mały bonus ode mnie!




Przygotowałam dla Was listę tematów pomocną w tworzeniu grudniownika, którą możecie wydrukować i wkleić do swoich albumów. Jeśli któregoś dnia, uznacie, że nie działo się nic szczególnego, co warto by opisać, zerknijcie na listę i zrealizujcie jeden z tematów. Możecie też wykorzystać je jako dodatek i urozmaicenie w Waszych albumach :) 

 

Mam nadzieję, że udało mi się Was namówić na stworzenie własnego grudniownika. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, zostawcie je w komentarzu, na wszystkie postaram się odpowiedzieć.
A może chcielibyście, żeby pojawiło się więcej postów poświęconych grudniowemu albumowi? Koniecznie mi o tym napiszcie! :) 

Buziaki, Kobieta z Pasją.

poniedziałek, 20 listopada 2017

21 MIĘDZYNARODOWE TARGI KSIĄŻKI W KRAKOWIE-RELACJA

21 MIĘDZYNARODOWE TARGI KSIĄŻKI W KRAKOWIE-RELACJA
źródło: www.ksiazka.krakow.pl


Końcem października miałam przyjemność uczestniczyć w fantastycznym wydarzeniu, jakim są Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie. Co zadziwiające, choć była to już 21 edycja, byłam tam po raz pierwszy ale z całą pewnością, nie ostatni! Naprawdę nie mam pojęcia, jak to możliwie, że taki mól książkowy, jak ja ,nigdy wcześniej nie uczestniczył w tak ogromnym książkowym wydarzeniu! Wstyd! Biję się w pierś i obiecuję poprawę! Ale dość już narzekania, MUSZĘ podzielić się z Wami wrażeniami i opowiedzieć jak było!



A było, co tu kryć, WSPANIALE! Targi odbywały się w hali EXPO Kraków i trwały 4 (słownie c z t e r y) dni! Wyobraźcie sobie moje szaleństwo w oczach, kiedy udało mi się już przekroczyć próg wejścia i odkryć, że czekają na mnie dwie ogromne hale pełne książek! Tak, znalazłam się w książkowym raju! Nie tracąc ani chwili ruszyłam pędem, do pierwszej z nich, a mój Towarzysz Życia z miną, na pograniczu ostrego ataku histerii, podążył smętnym krokiem za mną, dzielnie dzierżąc moją walizkę. Tak, wzięłam ze sobą walizkę! No wiecie, żeby nie dźwigać tych wszystkich książek, tj żeby mój Towarzysz Życia ich nie dźwigał :)

Targi, jak wspominałam, trwały, aż 4 dni, jednak ja byłam tylko w sobotę i niedzielę. Postaram się streścić dla Was te dwa dni i przekazać Wam trochę tej niesamowitej atmosfery, jaka panuje w otoczeniu tylu książek i książkomaniaków.

Sobota, 28.10.2017.r 


Na początku byłam trochę zdezorientowana, bo jak się okazało, targi przyciągnęły niemały tłum i poruszanie się między stoiskami wymagało opracowania planu. Opracowaliśmy więc na szybko kolejność, w jakiej odwiedzimy poszczególne stoiska, w oparciu o moje notatki, które poczyniłam jeszcze w domu. Pełni entuzjazmu, z mapką w dłoni, zaczęliśmy przebijać się przez tłum. Nie będę ukrywać, że wspomniany entuzjazm przygasł po 2 godzinach walki, a opracowany plan odszedł w zapomnienie, bo najlepiej sprawdziło się rozwiązanie z serii "spójrz, tam jest trochę luźniej, więc weźmy chodźmy idźmy teraz tam!".

W pierwszej kolejności udaliśmy się na stoisko Zielonej Sowy, gdzie o godzinie 13:30 rozpoczynało się spotkanie z Marcinem Mortką. Na tym spotkaniu najbardziej mi zależało, bo jestem wielką fanką jego opowieści o Kapitanie Wywijasie i jego nietuzinkowej załodze. Mowa oczywiście o "Morzach Wszetecznych" i "Wyspach Plugawych". Polecam wszystkim fanom pirackiego humoru, nie da się nie roześmiać czytając te książki.

zdjęcie niestety bardzo kiepskiej jakości :( 


Moje egzemplarze, oprócz wartości sentymentalnej, którą już posiadały, zostały wzbogacone o podpis autora, więc stanowią jeszcze bardziej wyjątkowy element moich książkowych zbiorów.
A i mam dobrą wiadomość dla wszystkich, którzy po 2 częściach czują niedosyt! Na wiosnę ukaże się kolejna część, tym razem Kapitan Wywijas wraz z załogą będą latać..balonem! :) Informacja z pierwszej ręki, prosto od autora. Nie wiem jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać! Muszę to przeczytać! :) 



W książkowo-zakupowym szale, nie udało mi się zapamiętać kolejności, w jakiej odwiedzałam stoiska. Podobnie jak nie jestem w stanie napisać, które wydawnictwa odhaczyłam z listy, ale z całą pewnością, prawie wszystkie. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym z miejsca pełnego książek, wyszła z pustymi rękami, tudzież z pustą walizką.  
Pokażę Wam, jakie książkowe łupy zdobyłam w sobotę, czyli w pierwszy dzień mojej obecności na targach. 

WYDAWNICTWO CZWARTA STRONA

Pierwsze targowe zakupy poczyniłam na stoisku Czwartej Strony. Bardzo chciałam nabyć Kroniki Jaaru, Buntowniczkę z pustyni i Żniwiarza. Niestety mogłam zakupić jedynie 2 części każdej z wymienionych, bo książki na ich stoisku rozchodziły się lepiej niż przysłowiowe świeże bułeczki. Może gdybym była na targach w piątek, udałoby mi się wszystko zakupić, jednak obecni w sobotę musieli obejść się smakiem.



 Na otarcie łez pozostały fantastyczne gadżety książkowe, które dokładano do zakupów. Eliksir wzmacniający z Jaaru i czekolada z buntowniczki nadal dzielnie stoją nietknięte na półce, żal otwierać :)





Zakupiłam też Czarną Madonnę Remigiusza Mroza, ale tym razem nie dla siebie, tylko na prezent. Nie byłam jednak, na tyle wytrwała, aby stać w tej absurdalnie gigantycznej kolejce po autograf autora :) 

WYDAWNICTWO UROBOROS

Następne na mojej liście było stoisko grupy wydawniczej Foksal, a konkretnie interesowały mnie książki Wydawnictwa Uroboros. Musiałam, MUSIAŁAM! nabyć wreszcie słynne Dwory S. J. Maas, które atakowały mnie z każdego zakątka internetu. Nie było możliwości, żebym ich nie zakupiła. Chciałam też zakupić Szklany Tron, lecz ostatecznie uznałam, że się wstrzymam i najpierw przeczytam historię Feyry, choć pokusa była ogromna, dzielnie odeszłam od stoiska jedynie z 3 książkami.




P.S.
Pisząc tego posta, jestem już po lekturze 1 i 2 części i jestem w nich absolutnie zakochana! Zdecydowanie zakupię Szklany Tron! #teamRhysand ok, już nic więcej nie zdradzam :) 


WYDAWNICTWO JAGUAR 

Spójrzcie na tę okładkę i powiedzcie, że nie jest cudowna...Jest wspaniała! Wielkie ukłony, dla autora szaty graficznej książek z serii Rywalki autorstwa K. Cass. Apetyt na przeczytanie tej historii, towarzyszył mi już od dłuższego czasu. Pierwszą część, którą widzicie na zdjęciu, otrzymałam od Wydawnictwa Jaguar do recenzji, za co jeszcze raz bardzo dziękuję. Oznacza to, że jeszcze poczytacie o tej książce na moim blogu.




A może wśród moich czytelników są jacyś fani Rywalek? Ujawnijcie się w komentarzach i zaglądajcie, bo szykuję dla Was coś bardzo fajnego :) 

Niedziela, 29.10.2017.r

Niedziela była moim drugim dniem na targach książki w Krakowie. Być może dlatego, że był to już ostatni dzień całego wydarzenia, nie było aż tak wielkiego tłumu jak miało to miejsce dzień wcześniej. Przemieszczanie się między stoiskami było zdecydowanie łatwiejsze, więc mogłam odwiedzić te wydawnictwa, do których poprzedniego dnia nie udało mi się dotrzeć. 

Mój portfel odetchnął z ulgą, gdyż postanowiłam, że nie będę już dokupywać żadnych książek. Co zaskakujące, udało mi się wytrwać w tym postanowieniu :) 

Moja silna wola została mocno zachwiana na stoisku Wydawnictwa Kobiecego. Zaciekawiła mnie książka L. Paige oraz S. Simone pod tytułem Gwiazdor. Los jednak zdecydował za mnie, bo jak się okazało, wyprzedały się co do jednego egzemplarza. Powędrował więc na niekończącą się listę 'chcę przeczytać' a moją zakupową potrzebę zaspokoił uroczy kubek PRAWDZIWEJ KSIĄŻNICZKI. Kolejny do kolekcji, choć powoli wysypują się z szafki, nie mogłam się na niego nie skusić. :)




Nie mogłam też odmówić sobie zakupu puzzli na stoisku Trefl. Tak puzzli! :) Uwielbiam je układać, zwłaszcza te składające się z ogromnej liczby kawałeczków. Ten konkretny wzór, dostrzegłam kątem oka jeszcze w sobotę i wiedziałam, że muszę po nie wrócić. Szkoda, że nie był dostępny w wariancie 4000 elementów, ale i 2000 zaspokoiło mojego wewnętrznego 5-latka :) 




Głównym celem, dla którego byłam na targach również w niedzielę, było spotkanie z autorkami Klątwy przeznaczenia czyli Moniką i Sylwią. które odbywało się na stoisku wydawnictwa Novae Res.  Wreszcie mogłyśmy się spotkać w rzeczywistym świecie! 

źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10212613213023039&set=g.247045452372261&type=1&theater&ifg=1


Dziewczyny są niesamowicie sympatyczne :) Po podpis ustawiła się kolejka fanek Mistrza Walk z Klątwami ściskanymi w rękach. Wiadomo przecież, że każdy chciał mieć lwią pieczęć w swoim egzemplarzu! :)





Zobaczcie ile fantastycznych gadżetów, powstało specjalnie dla Klątwy Przeznaczenia. Na zdjęciu możecie zobaczyć moje zakładki, które miały premierę właśnie na targach, i zakładki Klemii.

UWAGA!
MOJE ZAKŁADKI SĄ JUŻ DOSTĘPNE ONLINE! 
MOŻECIE JE ZAKUPIĆ ZA POŚREDNICTWEM ALLEGRO. 
LINK DO AUKCJI:
http://allegro.pl/show_item.php?item=7025271395
Zapraszam na zakupy, jeszcze możecie przygarnąc dla siebie tych przystojniaków :) 



Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak było i tym razem, te dwa dni zleciały mi niczym dwie godziny. Był to fantastycznie spędzony czas! Spotkałam mnóstwo cudownych osób, pozwólcie, że nie będę wymieniać, w obawie, że przypadkiem kogoś pominę i poczuje się zapomniany. Dzięki za wszystkie uściski, zdjęcia i miłe słowa! 



Cieszę się, że zakładki tak Wam się spodobały! Mam nadzieję, że spotkamy się wszyscy jeszcze nie raz, na kolejnych targach, wliczając w to również nieobecnych na krakowskich. Kto wie, może na nadchodzących Wrocławskich Targach Dobrych Książek, ja z pewnością się wybiorę.
Już wiem, że choć były to moje pierwsze książkowe targi, na pewno nie ostatnie. 
Do zobaczenia na kolejnych! :) 

Buziaki, Kobieta z Pasją.






wtorek, 31 października 2017

Promocja -55% w Rossmannie-co warto kupić, podsumowanie +bonus lista zakupów do druku

Promocja -55% w Rossmannie-co warto kupić, podsumowanie +bonus lista zakupów do druku

Drogeria Rossmann znów wychodzi na przeciw kobietom kochającym kosmetyki do makijażu. Tym razem ulubione produkty można było zakupić w cenie obniżonej, aż o 55%!

Często dostaję od Was pytania, co warto kupić podczas trwania promocji. Nie jest żadną tajemnicą, że jestem prawdziwym maniakiem kosmetykowym i chętnie dzielę się swoją wiedzą i doświadczeniem. Post na blogu, będzie idealnym sposobem, na przekazanie Wam moich sprawdzonych perełek z rosmannowych półek. Pokaże Wam co udało mi się upolować oraz to co już miałam i polecam. Niech będzie to taki przewodnik po drogeryjnych półkach w poszukiwaniu kosmetyków idealnych.

 Kosmetyki podzieliłam na kategorię, dla wygody przeglądania. Dzięki temu łatwo odszukacie to, co najbardziej Was interesuje, pomijając opis tych produktów, których w swoim makijażu nie używacie. Do Waszej dyspozycji zostawiam jednak pełen przekrój, począwszy od baz, na sprayach utrwalających kończąc.
Mam nadzieję, że ten krótki poradnik, pomoże Wam odnaleźć się wśród ogromu kosmetyków, jakie obecnie są dostępne w drogeriach i pozwoli uniknąć kupna bubli, które nie są warte uwagi.

Co prawda promocja w Rossmannie już się zakończyła, ale nie ma co się smucić! Drogeria Natura ju rozpoczęła promocję -40% na wybrane marki makijażowe, a lada chwila Hebe i Super Pharm pójdą w jej ślady. Nie zapominajmy również o drogeriach internetowych! Bardzo często możemy w nich kupić kosmetyki jeszcze taniej niż w legendarnej promocji w Rossmannie! :)

Już bez zbędnego przedłużania, zapraszam Was na moje the top of the top kosmetyków do makijażu dostępnych w drogeriach.

Bazy pod makijaż


1. Lirene baza matująca NO PORES

Jako posiadaczka cery mieszanej z wyraźnie przetłuszczającą się strefą T swój makijaż rozpoczynam od nałożenia bazy matującej. Ma ona za zadanie pochłaniać nadmiar wydzielanego przez naszą skórę sebum i przedłużyć efekt zmatowienia. Baza dodatkowo w zadowalającym stopniu zmniejsza widoczność rozszerzonych porów. Ma lekką konsystencję i przyjemny zapach. Nie zapycha. Nadaje się do stosowania na co dzień. Polecam zamiast wcierać ją w skórę, delikatnie wklepywać, dla uzyskania pożądanego efektu.

2. Eveline baza silikonowa wygładzająco-matująca Art Scenic

Baza, którą stosuję zawsze kiedy wymagam od swojego makijażu perfekcyjnego wyglądu przez długie godziny. Bardzo łatwo się rozprowadza, wystarczy minimalna ilość, aby uzyskać pożądany efekt, co czyni ten produkt niesamowicie wydajnym. Dzięki zawartości silikonu, pokrywa naszą cerę jedwabistą powłoczką. Pozostawia skórę idealnie wygładzoną i gotową na przyjęcie podkładu do zadań specjalnych. Znacząco wpływa na przedłużenie trwałości makijażu. Nie nadaje się natomiast do codziennego stosowania, może zapychać. W mojej ocenie, najlepsza z baz wygładzających dostępnych w Rossmannie.


Podkłady



1. Bourjois podkład rozświetlający Healthy Mix

Jeden z moich ulubieńców! Nie bez powodu wymieniam go jako pierwszego :) Podkład ma bardzo lekką konsystencję, a przy tym bardzo dobrze zakrywa niedoskonałości. Krycie oceniam na średnie, spokojnie można je budować. Pozostawia na skórze uczucie nawilżenia, nie tworzy efektu maski. Rozprowadza się bardzo łatwo, nie tworzy smug. Cera zyskuje zdrowy wygląd. Tonacja zdecydowanie w kierunku żółtych tonów, najjaśniejszy odcień (51 Light Vanilla) sprawdzi się również dla bladziochów. Nie jest to podkład zastygających, więc jego trwałość nie jest najdłuższa. Idealna propozycja do codziennego stosowania, bez nadmiernego obciążania skóry. 


2. Revlon Colorstay (wersja dla cery tłustej/mieszanej)

Klasyk, którego pewnie nikomu nie muszę przedstawiać. Wyjątkowo trwały, o wysokim kryciu, bardzo duży wybór kolorów. Słowem podkład idealny! Sięgam po niego bez zastanowienia, zawsze kiedy moja cera wymaga zakrycia większej ilości niedoskonałości. Może wydawać się ciężki, ale nałożony w odpowiedniej ilości nie będzie tworzył efektu maski. Bardzo lubię ten podkład, nigdy mnie nie zawiódł i zawsze muszę go mieć w swojej kosmetyczce. Dobra wiadomość: producent wreszcie wziął pod uwagę opinie klientek i Revlon Colorstay doczekał się pompki! :) 

3. L'Oreal Paris podkład mineralny True Match

Sprzymierzeniec każdej kobiety, której zdarza się nadużywać opcji drzemki! :) Podkład w pudrze, wystarczy kilka kolistych ruchów i gotowe. Aplikacja jest ekspresowa! Nie wymaga pudrowania, krycie ma zadziwiająco mocne a przy tym jest bardzo wydajny. Podchodziłam do niego bardzo sceptycznie ale już po pierwszym użyciu wiedziałam, że to przyjaźń na dłużej. Wykończenie nie jest matowe, jak mogłaby sugerować jego pudrowa formuła, a satynowe. Skóra wygląda zdrowo, a żadne niedoskonałości nie są widoczne. Czego chcieć więcej gdy zdarzyło nam się pospać te kilka minut za długo? Obecnie producent zmienił szatę graficzną całej serii produktów True Match, posiadany przeze mnie egzemplarz widoczny na zdjęciu jest jeszcze w starej wersji :) 


4. Bourjois Krem CC 123 Perfect

Jedyny słuszny wybór, jeśli chodzi o kremy CC. Jego konsystencja jest niezwykle lekka, pozostawia na skórze uczucie nawilżenia a przy tym ma zadziwiająco dobre krycie! Sprawdzi się zarówno jako produkt na co dzień, jak również jako podkład na upalne dni. Wygodne opakowanie, w formie plastikowej tubki, pozwala zużyć produkt do samego końca. W mojej opinii jest to kosmetyk bez wad! Kupujcie w ciemno! :) 


5. L'Oreal Paris podkład dopasowujący się do skóry True Match

Działa dokładnie tak, jak obiecuje nam to producent. Podkład wtapia się w naszą skórę i staje się niewidoczny, tworząc efekt, gładkiej i perfekcyjnie ujednoliconej cery. Nie zliczę, ile już razy jego formuła byłą zmieniana, jednak wciąż zachwyca. Pokuszę się o stwierdzenie, że z każdą aktualizacją coraz bardziej. Krycie ma średnie, jednak spokojnie można je budować. True Match to jeden z moich pewniaków, sięgam po niego bez namysłu, nigdy mnie nie zawodzi. 

Korektory



1. Maybelline korektor wygładzający Instant Age Rewind

Taak! Nareszcie doczekaliśmy się tego cudeńka w Polsce! Uwielbiam ten korektor za jego lekką formułę a przy tym niesamowite wprost krycie. Perfekcyjnie kamufluje zasinienia pod oczami, nie roluje się w ciągu dnia ani nie wchodzi w zmarszczki. Nie przesusza wrażliwej skóry pod oczami, a wręcz daje uczucie nawilżenia. To jeden z najlepszych korektorów jakie istnieją, bardzo udany produkt i  niesamowicie się cieszę, że wreszcie możemy go nabyć w naszych drogeriach :) 

2. L'Oreal korektor wygładzający True Match

Gama kosmetyków True Match to także świetny korektor pod oczy. Podobnie jak podkład, idealnie wtapia się w naszą skórę. Nie ma tak mocnego krycia, jak jego kolega z Maybelline aczkolwiek zdecydowanie bardziej rozświetla. Jeśli więc, nie jesteście posiadaczkami uporczywie trudnych do zakrycia cieni po oczami, a poszukujecie czegoś co rozświetli tę okolicę, zdecydowanie bardziej polubicie się z tym produktem.


Pudry



1. Wibo puder sypki utrwalający Fixing Powder

W kategorii pudrów drogeryjnych marka Wibo nie ma sobie równych! Najlepszy stosunek ceny do jakości! Wswoim makijażu zdecydowanie preferuję pudry sypkie nad tymi w kamieniu. Fixing powder to produkt półtransparentny, który oprócz zmatowienia pozwala nam przedłużyć trwałość makijażu. Jego konsystencja jest bardzo miałka, nadaje się do stosowania pod oczami, nie przesusza. Na skórze wygląda bardzo ładnie, daje świetny efekt wygładzenia, i nie bieli! 

2. Wibo puder ryżowy Rice Powder

Kolejną genialną propozycją z marki Wibo jest puder ryżowy Rice Powder. Produkt ten jest transparentny a jego głównym zadaniem jest zmatowienie naszej skóry i spełnia swoją funkcję wzorowo! Skóra nie błyszczy się przez wiele godzin, przy czym nie tworzy efektu płaskiego matu. Świetnie nadaje się też do bakingu. 

3. Wibo puder bananowy Banana Loose Powder

Na fali popularności żółtych pudrów, nie mogło zabraknąć takiej propozycji na drogeryjnych półkach. Puder daje bardzo ładne wykończenie, skóra jest wygładzona i aksamitna. Idealny do podkreślania konturu twarzy. Tańsza alternatywa dla kultowego pudru z Ben Nye. A co zaskakujące, naprawdę pachnie bananowo! :) 


Bronzery


1. Lovely bronzer Chocolate

Czekoladowe bronzery od Lovely zachwycają swoim wyglądem. Występują w 2 odcieniach Dark and Milky. Posiadam oba warianty i każdy z nich świetnie się sprawdza. Milky to chłodniejszy odcień brązu idealny do podkreślenia konturu twarzy zaś Dark jest zdecydowanie cieplejszy, raczej do ocieplania lub efektu skóry muśniętej słońcem. Piękne, niedrogie, pachnące czekoladą i mają 0 kalorii, czego chcieć więcej? :) 

2. Lovely bronzer Ombre

Polecam Wam jeszcze przyjrzeć się bronzerowi Ombre, którego niestety zapomniałam umieścić na zdjęciu :( To połączenie zarówno ciepłego i chłodnego brązu w jednym pudełeczku. Produkt jest świetnie napigmentowany i bardzo ładnie wygląda na skórze. Uzyskamy z nim zarówno efekt opalenizny jak i wykonturujemy twarz, świetna opcja do kosmetyczki podróżnej. 

3. Wibo zestaw do konturowania 3 Steps to Perfect Face Light


Mówiąc o bronzerach, nie mogłabym nie wspomnieć o palecie do konturowania z Wibo. W środku znajdziemy bronzer, róż i rozświetlacz. Co ciekawe, wszystkie 3 pudry są bardzo udane! Bronzer jest w chłodnym odcieniu, raczej do konturowania. Róż jest rozświetlający, fantastycznie ożywi naszą cerę. Z kolei rozświetlacz nadaje piękny dzienny i elegancki blask. Idealne rozwiązanie podróżne. Paletka jest nieduża, solidnie wykonana, posiada spore lusterko i w środku mamy wszystko co potrzebne, aby wykończyć makijaż twarzy. Dla mnie to zdecydowany must-have ! :) 

Róże do policzków


1. Bourjois róż do policzków

Klasyk nad klasykami! Róż, który chyba wszyscy znamy. Ręka w górę, kto podkradał go mamie czy starszej siostrze z kosmetyczki? :) Produkt wypiekany, o bardzo charakterystycznym zapachu. Bardzo trwały, dobrze napigmentowany i zamknięty w niezwykle uroczym pudełeczku z mini lusterkiem i pędzelkiem. Mój ulubieniec od wielu lat.

2. Wibo róż do policzków Ecstasy Blusher

Piękny, rozświetlający róż o niesamowicie aksamitnej konsystencji. Bardzo mocno napigmentowany. Nie sposób nie zauważyć wyraźnej inspiracji kultowym produktem z firmy Nars, więc jeśli pierwowzór skutecznie odstrasza swoją ceną, proszę bardzo! Nars w wersji ekonomicznej :) 

3.Lovely róż do policzków OH OH Blusher

Produkt o bardzo ciekawej konsystencji, nie jest on typowo pudrowym różem, jego formuła jest raczej kremowo-pudrowa. Pozostawia na policzkach holograficzną taflę, która mieni się na perłowo złoty kolor. Niesamowicie ożywia makijaż, nadając skórze ładny brzoskwiniowy odcień. Zdecydowanie warto mieć go w swoich zbiorach.

4. Catrice róż do policzków Defining Blush

Co prawda szafy Catrice zostały już wycofane z większości Rossmannów, ale może komuś uda się jeszcze trafić na te róże [Jeśli w Twoim Rossmannie nie ma szaf Catrice, szukaj ich w drogeriach sieci Natura oraz Hebe.] Produkty te są bardzo, baaardzo mocno napigmentowane a przy tym niesamowicie wydajne. Zachwycają swoimi odcieniami oraz tym jak subtelnie wyglądają na policzkach. Dodatkowym plusem jest ciekawa faktura pudru w opakowaniu, zawsze mnie zachwyca.


Rozświetlacze


1. Bell HYPOAllergenic rozświetlacz Face&Body Illuminating Powder

Każda fanka rozświetlaczy MUSI go mieć! Tafla jaką możemy nim uzyskać jest wręcz oślepiająca! Jedwabisty w konsystencji i bardzo trwały. Pozwala na uzyskanie efektu mokrej skóry. Wspaniały rozświetlacz, który spokojnie mógłby konkurować z produktami z wyższej półki.

2. Lovely rozświetlacz GOLD/SILVER Highlighter

Rozświetlacz z Lovely występuje w 2 wariantach: chłodnym i ciepłym. Każdy z nich jest bardzo mocno napigmentowany i pozwala na uzyskanie oślepiającego blasku. Nie osypuje się. Pozostaje na skórze przez wiele godzin. 

3. Wibo rozświetlacz Diamond Iluminator

Fantastyczny rozświetlacz do stosowania na co dzień. Daje efekt subtelnie rozśwetlonej, zdrowej skóry. Wygląda bardzo elegancko, jest trwały i bardzo wydajny. Występuje tylko w jednym odcieniu, aczkolwiek bardzo twarzowym złoto szampańskim. 

Produkty do brwi


1. Wibo Eyebrow System

Kredka do brwi stworzona przez Wibo, zdecydowanie przypasuje Wam jeśli nie zależy Wam na mocnym efekcie, jaki daje pomada. Z jednej strony mamy cień, który aplikujemy za pomocą gąbkowego aplikatora. Świetnie sprawdzi się do wypełnienia luk między włoskami, optycznie zagęści brawi i wypełni ich obrys. Z drugiej strony jest natomiast kredka, odpowiednio twarda, pozwoli na precyzyjne dorysowanie brakujących włosków i precyzyjne zdefiniowanie kształtu. Produkt jest trwały, bardzo dobrze przemyślany. Możemy za jego pomocą wykonać kompletny rysunek brwi, a efekt jaki daje, jest bardzo naturalny. Świetnie sprawdzi się w kosmetyczce podróżnej. 

2. Lovely  Brows Creator Pencil

Wodoodporna kredka do stylizacji brwi, sprawdzi się jeśli zależy nam raczej na dorysowaniu pojedynczych włosków i wyrównaniu kształtu. Produkt jest bardzo trwały. Niestety jeśli chcemy narysować brwi od nowa, lepiej sięgnąć po pomadę, ponieważ ta kredka jest dość twarda i trudno byłoby nią uzyskać naturalnie wyglądające wypełnienie. Jednak do lekkiego uzupełniania, lub wyrysowania początków brwi będzie idealna. 

3. Maybelline, Color Tattoo 24 Hr 40 Pemanent Taupe

Kremowy cień od Maybelline to niewątpliwe jeden z tzw. Kosmetyków Wszech Czasów, a konkretniej kolor 40 Permanent Taupe. Niech Was nie zmyli fakt, iż nie jest to produkt dedykowany do malowania brwi, bowiem sprawdza się w tej roli znakomicie! Ma piękny odcień chłodnego brązu, pozwala na precyzyjne wyrysowanie kształtu a przy tym jest nie-sa-mo-wi-cie trwały! Kiedy zaschnie, jest nie do ruszenia, aż do momentu, kiedy zdecydujemy, że czas wykonać demakijaż. Polecam ten produkt z całego serca, jest niesamowicie wydajny i zamknięty w pięknym, eleganckim szklanym słoiczku. Zawsze mam go w swojej kosmetyczce.

4. Maybelline, żel do brwi Brow Drama

Kolejny świetny produkt do stylizacji brwi z marki Maybelline. Tym razem żel, czyli utrwalacz. Nie zapewniana najmocniejszego utrwalenia, raczej takie wystarczające. Nie jest transparentny, posiada ładny chłodny odcień brązu. Aplikator jest dość specyficzny, polecam odciąć te dziwną kuleczkę, która znajduje się na końcu, wtedy nakładanie produktu na włoski będzie o wiele łatwiejsze.


Cienie do powiek

1. Wibo paleta cieni do powiek Neutral Eyeshadow Palette

Paleta 15 cieni do powiek w naturalnych kolorach ziemi, idealna do dziennych makijaży, aczkolwiek wykonamy nią także klasyczne smokey eye. Zawiera zarówno cienie matowe jak i błyszczące. Ogromny plus za matowy beżowy cień, który stanowi dla mnie wyznacznik kompletnej palety, oraz bardzo dobrze napigmentowany czarny. Cienie dobrze się ze sobą mieszają, i nie znikają podczas blendowania. W większości są dobrze napigmentowane. Są trwałe,nie osypują się. Paleta jest kartonowa, bardzo lekka, pomimo dużego i wygodnego lusterka. Opakowanie jest bardzo ładne i sprzyjające podróżowaniu, pamiętajmy, że karton lepiej znosi upadki niż plastik. W mojej to bardzo fajna podstawowa paleta cieni, za nieduże pieniądze.



2. Wibo  paleta cieni do powiek GO NUDE Smoky Edition

Kolejna świetna paleta cieni do powiek od Wibo. Tym razem mamy 12 cieni zamkniętych w bardzo solidne metalowe pudełko, również z lusterkiem. Budżetowa wersja kultowych palet Naked od Urban Decay, nie ma co tu kryć, podobieństwo jest uderzające. W środku dołączony jest również pędzelek i warto go sobie zostawić, bo w odróżnieniu od tego co zazwyczaj znajdujemy w paletach, ten jest wyjątkowo dobry! Cienie w tej palecie są wyraźnie ciemniejsze, gdyż jak sama nazwa wskazuje, mają posłużyć nam do wykonania makijaży wieczorowych. Trwałość oceniam na bardzo dobrą, kolory dobrze ze sobą współgrają, ładnie się blendują i nie znikają. Wymaga delikatniejszej ręki niż poprzedniczka, z uwagi na to, że niektóre cienie troszkę się osypują.



3. Lovely paleta cieni do powiek Precious Kit

Bardzo ładne, małe, metalowe opakowanie skrywa w sobie 9 zaskakująco dobrych cieni do powiek. Paleta wprost stworzona do tego, aby zabierać ją ze sobą w podróż! Mamy w niej wszystko czego potrzebujemy, aby wykonać zarówno dzienny jak i wieczorowy makijaż. Pigmentacja cieni jest na dość dobrym poziomie, nie sypią się i ładnie ze sobą blendują. Wewnątrz opakowania znajduje się również wygodne lusterko. Ładna, użyteczna, niedroga i świetnie sprawdza się w podróży.



4. Lovely paleta cieni do powiek Fabolous Kit

Siostra palety, o której pisałam wyżej. W tym przypadku mamy zestaw zdecydowanie dzienny. Kolory skomponowane są idealnie. Cienie są dobrze napigmentowane, pięknie się ze sobą łączą i zaskakują trwałością. Konsystencja cieni nie jest sucha, bardzo dobrze przyklejają się do powieki. Przyznam, że gdy chcę stworzyć podstawowy dzienny makijaż, najczęściej sięgam właśnie po tę paletę. No i opakowani! Bardzo urocze, a przy tym solidnie wykonane, mnie przekonało :) 



5. Maybelline kremowy cień do powiek Color Tattoo 24 Hr

Maybelline Color Tattoo to zastygające kremowe cienie. Sprawdzają się idealnie jak baza pod cienie! Pięknie podbijają kolory zarówno cieni suchych jak i pigmentów. Kiedy zaschną, są niesamowicie trwałe! Trzymają się na powiece, do momentu, aż same zdecydujemy, że chcemy zmyć makijaż. Równie dobrze spisują się w roli głównej. Nałożone solo, pozwolą nam wykonać makijaż w ekspresowym tempie. Rozcierają się bardzo łatwo i można stopniować ich intensywność, dzięki czemu makijaż nawet prosty makijaż oka wygląda jakby był starannie wykonywany przez długie godziny przed lustrem. To produkt, który TRZEBA mieć w swojej kosmetyczce. Color Tattoo nigdy nie zawodzą, a jeśli zależy nam na ekstremalnej trwałości makijażu, to jedyny słuszny wybór. 



Eyelinery



1. Maybelline żelowy eyeliner Lasting Drama

Najlepszy eyeliner jakiego kiedykolwiek używałam! Nie rozstaję się z nim od 3 lat, a kreski maluję na co dzień. Idealnie kruczoczarny, niesamowicie trwały, zastyga na mat, nie kruszy się ani nie odbija. Bardzo wydajny o przyjemnej żelowej formule, gładko sunie po powiece. Wyrysowanie perfekcyjnej kreski tym produktem jest dziecinnie proste! :)

2. Rimmel eyeliner żelowy Scandaleyes

Alternatywa dla eyelinera z Maybelline, minimalnie gorszy, jednak nadal godny uwagi. Również wodoodporny, żelowy i intensywnie czarny. Jeśli nie uda Wam się kupić tego pierwszego, warto skusić się na ten. 

3. Eveline eyeliner Clebrities

Produkt Celebrities od Eveline to mój ulubieniec, wśród brązowych eyelinerów. Idealny do dziennych makijaży, efekt nie jest tak mocny jak przy kolorze czarnym. Posiada wygodny pędzelek, kreskę maluje się ekspresowo. Ma świetną trwałość, zastyga na mat, nie kruszy się. W środku opakowania, znajduje się niewielka kuleczka, dzięki której eyeliner nie gęstnieje.

4. Miss Sporty eyeliner wodoodporny Pump Up Booster

Idealny eyeliner, jeśli wiem, że mój makijaż może ucierpieć w ciągu dnia i będą potrzebne poprawki. Wodoodporny, kruczoczarny i niezwykle precyzyjny dzięki ekstremalnie cienkiemu pędzelkowi. Często mam go w torebce, na awaryjne sytuacje, jest bardzo mały więc nie zajmuje dużo miejsca, a czasem może uratować makijaż. 

5. Lovely Color Pop Eyeliner Biały

Jeśli wpadł Wam w oko biały eyeliner z Nyxa, ale nie możecie go nigdzie dostać lub szukacie tańszej alternatywy, koniecznie sprawdźcie propozycje od Lovely! Biel jest intensywna, nie znika w ciągu dnia, nie kruszy się i jest wodoodporny! Wygląda fantastycznie jako akcent w makijażu a także w postaci kreski. Absolutny must have, zwłaszcza w takiej cenie! :) 


Kredki



1. Essence czarna kredka do oczu I love Smokey

Matowa kredka do oczu od Essence, sprawdza się idealnie jako czarna baza pod smokey. Idealnie miękka, bardzo mocno napigmentowana, rozciera się z łatwością, a cienie świetnie się do niej przyklejają. Kredka nie łamie się ani nie kruszy.

2. Lovely cielista kredka do oczu Nude Eye Pencil

Kredka do stosowania na linię wodną, w celu zniwelowania efektu zmęczonych oczu. Ma ładny beżowy odcień, jest komfortowa w noszeniu, nie ściera się w ciągu dnia. Dobrze się aplikuje, jest miękka więc nie podrażnia oka. Nie jest to jednak kredka zastygająca.


Tusze do rzęs



1. L'Oreal tusz do rzęs Volume Million Lashes So Couture

Volume Million Lashes to od wielu lat mój ulubieniec. Niesamowicie podkręca, wydłuża i pogrubia rzęsy. Robi wszystko to co tusz powinien robić i czego od niego oczekujemy.Idealnie czarny, nie osypuje się w ciągu dnia, nie odbija. Bardzo dobrze się zmywa, nie trzeba z nim walczyć, aby usunąć go z rzęs. Posiada silikonową szczoteczkę, która precyzyjnie rozdziela rzęsy i pozwala pokryć je tuszem od samej nasady. Zawsze mam minimum 1 opakowanie w zapasie, a to chyba dobitnie świadczy o tym, jak bardzo cenię ten tusz. Uważam, że marka L'Oreal robi najlepsze tusze do rzęs. 

2. Miss Sporty tusz do rzęs Studio Lash Instant Volume 

Tusz Miss Sporty Stusio Lash Instant Volume mógłby konkurować z tuszami z najwyższej półki! Za każdym razem, kiedy go używam zadaję sobie w myślach pytanie "Czy to naprawdę jest tusz za kilka złotych?!". Efekt, jaki możemy nim uzyskać, jest spektakularny! Śmiało, można go określić mianem 'efektu sztucznych rzęs'. Czerń jest intensywna, nie osypuje się nie odbija. Nie skleja rzęs, a wręcz przeciwnie, perfekcyjnie je rozczesuje. Na pochwałę zasługuje również szczoteczka, silikonowa z dwoma długościami ząbków. Dzięki takiemu rozwiązaniu możemy jeszcze dokładniej pokryć rzęsy tuszem. Dla mnie było to wielkie pozytywne zaskoczenie i od tamtej pory na stałe zagościł w mojej kosmetyczce.

3. L'Oreal tusz do rzęs Paradise Extatic 

Pradise Extatic to najnowszy tusz marki L'Oreal i oczywiście bardzo udany. W moim przypadku była to miłość od pierwszego użycia! Zwykle bywa tak, że nowo otwarty tusz potrzebuje czasu, aby móc w pełni ocenić jego możliwości. Natomiast w tym przypadku od samego początku mamy do czynienia z efektem WOW! Rzęsy są pogrubione, zauważalnie wydłużone a przy tym nie są posklejane! Tusz jest bardzo trwały, ale nie ma problemu z demakijażem. Szczoteczka jest klasyczna, dozuje odpowiednią ilość produktu. Jestem pod ogromnym wrażeniem i z pewnością nie jest to moje ostatnie opakowanie :) 

4. Astor tusz do rzęs Big&Beautiful BOOM! Curved

Na koniec kategorii coś na wielkie wyjścia. Tusz z firmy Astor Big&Beautiful BOOM! Curved to produkt idealnie dopełniający makijaż wieczorowy. Rzęsy wyglądają niesamowicie! Czerń jest bardzo głęboka, tusz nie osypuje się, jest bardzo trwały i z całą pewnością będzie się prezentował idealnie przez całą imprezę. Bywa trudny w demakijażu, wymaga zastosowania tłustej formuły, np płynu dwufazowego albo olejku. Jego aplikator może początkowo przerażać, gdyż jest naprawdę ogromny, jednak bez obaw, jest bardzo wygodny i pozwala na całkowite pokrycie rzęs tuszem. 


Balsamy do ust



1. 2. EOS balsamy do ust o różnych smakach

Dwie pierwsze propozycje ze zdjęcia to balsamy EOS. Zapewniają długotrwałe uczucie nawilżenia. Usta są wyraźnie wygładzone. Stanowią fantastyczna bazę pod matowe pomadki, gdyż nie powodują ich rozlewania. Dają uczucie ukojenia spierzchniętym ustom. Występują w wielu smakach, tak smakach! oprócz cudownego zapachu posiadają one również smak. W dodatku są świetnym gadżetem, EOSowe jajeczka zawsze przyciągają wzrok. Posiadam kilka wersji i ze wszystkich jestem tak samo mocno zadowolona :)

3. Perfecta balsam do ust Soft Lips

W moim odczuciu to EOS zamknięty w innym opakowaniu. Formuła jest w zasadzie identyczna, odczucie na ustach oraz właściwości nawilżające podobnie. Różnią się tylko wyglądem, tutaj zamiast kolorowego jajeczka mamy przezroczystą kostkę, przypominającą na myśl kostkę lodu. Te balsamy też bardzo lubię i często używam, w zasadzie zawsze mam w torebce jeden lub drugi. :) 

3. Evree peeling cukrowy do ust Sugar Lips

Nawet najlepiej nawilżający balsam nie pomoże naszym przesuszonym ustom jeśli nie pamiętamy o regularnym peelingu. Tak, tak usta też należy peelingować! Cukrowy peeling od Evree spełnia swoje zadanie perfekcyjnie. Dobrze zdziera martwy naskórek, nie podrażnia i nie powoduje uczucia dyskomfortu. Usta są wyraźnie wygładzone, nawilżone i miękkie. Produkt obowiązkowy, kiedy preferujemy matowe pomadki. Bardzo ładnie pachnie i równie dobrze smakuje. Opakowanie jest bardzo wygodne i solidnie wykonane. 

Pomadki



1. Bourjois matowa pomadka Rouge Edition Velvet

Kultowa już pomadka od Bourjois! Można śmiało nazwać ją prekursorką płynnych matowych pomadek. Powiem krótko, pierwsza, najlepsza, niedościgniona! Aktualnie możemy zaobserwować ogromną popularność matowo-płynnej formuły pomadek, drogeryjne półki uginają się pod naporem coraz to nowych propozycji jakie w ekspresowym tempie wypuszczają firmy kosmetyczne. I choć zawsze chętnie testuję nowości, Bourjois wciąż zajmuje 1 miejsce w moim rankingu. NIE MA trwalszej pomadki niż Rouge Edition Velvet, która byłaby tak samo komfortowa w noszeniu. Niezastąpiona, intensywnie napigmentowana, idealnie matowa, trwała, łatwa w aplikacji, o konsystencji musu, łatwo dostępna... i wymieniać mogłabym bez końca! Jeśli chcecie postawić na matowe wykończenie ust, ta pomadka będzie najlepszym wyborem! :) 

2. Lovely matowa pomadka w płynie+konturówka K-Lips

Zestaw składa się z matowej płynnej pomadki i pasującej do niej kolorystycznie konturówki. Na ustach prezentuje się bardzo dobrze, nie tworzy skorupki ani nie podkreśla suchych skórek. Trwałość jest na bardzo wysokim poziomie. Nie odbija się na szklance, nie rozmazuje i nie rozpływa. Jak każda matowa pomadka, może odrobinę przesuszać usta, ale nie jest to na tyle uporczywe aby nałożenie balsamu nawilżającego  nie zażegnało problemu. Nie skleja ust i nie czuć jej podczas noszenia. Dzięki dołączonej konturówce, możemy wyrysować usta bardzo precyzyjnie. 

3. Lovely matowa pomadka w płynie Extra Lasting

Prawdę mówiąc nie widzę różnicy w formule między tą pomadką a jej siostrą opisaną wyżej. Nie mniej jednak polecam obie, świetna jakość za bardzo niską cenę. 

4. Maybelline matowy błyszczyk Vivid Matte Liquid 

Jeśli nie jesteście zwolennikami totalnego matu na ustach to jest to rozwiązanie idealne dla was! Matowy błyszczyk brzmieć może jak oksymoron, ale taka właśnie jest ta formuła! Nie jest to zastygająca pomadka, więc nie jest też tak trwała jak poprzedniczki ale nadrabia niesamowitym komfortem noszenia. Usta są bardzo nawilżone, a kremowa konsystencja nie powoduje przesuszenia. Kolory są intensywne i bardzo oryginalne. 

Utrwalacze



1. Theatric Professional spray utrwalający makijaż 

Spray utrwalający, czyli tzw fixer, ma za zadanie przedłużyć trwałość naszego makijażu. Spryskujemy twarz cienką warstwą z odpowiedniej odległości, uważając aby nie przesadzić.Do utrwalenia makijażu wystarczy absolutnie minimalna ilość produktu, nałożony w nadmiarze może tworzyć efekt maski. Zawsze dobrze się spisuje, jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Tańsza alternatywa dla kultowego fixera z Kryolanu. 

2. Bielenda mgiełka utrwalająca makijaż Fixer Mist

Mgiełka utrwalająca działa na tej samej zasadzie co spray utrwalający,  czyli przedłuża trwałość makijażu. Produkty te różnią się jednak formułą. Mgiełka daje uczucie nawilżenia oraz zdejmuje nadmierną pudrowość z twarzy. Należy jednak zwrócić uwagę, aby aplikować ja z odpowiedniej odległości, gdyż może rozmazać makijaż. Przy tym produkcie również wskazany jest umiar. Stosowanie mgiełek, preferuję szczególnie latem, dają przyjemny efekt nawilżonej i orzeźwionej skóry.


I to by było wszystko, jeśli chodzi o moje perełki drogeryjne! Uff, ktokolwiek dotarł do tego momentu??
Wszystkie produkty, które wymieniłam, polecam Wam ze szczerego serca! W zasadzie to taki zbiór moich drogeryjnych ulubieńców.
Wpis ten będę oczywiście aktualizować, gdyż nowości pojawiają się cały czas. Postaram się, informować Was na bieżąco co warto zakupić, a co lepiej sobie darować.
 Zdaję sobie sprawę, że wyszło tego całkiem sporo, dlatego przygotowałam dla was mały prezent. :)



Udostępniam Wam dwie listy zakupów do wydruku. Pierwsza zawiera spis wszystkich kosmetyków, o których pisałam w tym poście. Wystarczy zaznaczyć w kwadracikach, te kosmetyki, które chcielibyście kupić i zabrać ją ze sobą do drogerii. Z taką ściągawką z pewnością o niczym nie zapomnicie. Lista numer 2 jest pusta, możecie zapisać na niej własne typy, które chcielibyście upolować na kosmetycznych zakupach .

LISTA Z PRODUKTAMI
LISTA PUSTA

Jestem bardzo ciekawa Waszych perełek drogeryjnych! Napiszcie w komentarzu jakie są Wasze sprawdzone kosmetyki i co ciekawego upolowaliście na wielkich drogeryjnych promocjach :)

Buziaki, Kobieta z Pasją. 
Copyright © 2016 Kobieta z pasją , Blogger