środa, 11 października 2017

Klątwa przeznaczenia-Monika Magoska-Suchar, Sylwia Dubielecka

Klątwa przeznaczenia-Monika Magoska-Suchar, Sylwia Dubielecka



Czas najwyższy, aby na blogu pojawiła się moja pierwsza recenzja książkowa. Nie widzę innej możliwości, to musi być Klątwa Przeznaczenia autorstwa Moniki Magoski-Suchar oraz Sylwii Dubieleckiej! Książka ta jest w każdym detalu wyjątkowa. W zaskakujący sposób nasyciła mój czytelniczy apetyt. Powiem więcej, wróciła mi wiarę, w polskich pisarzy! Nie mogłam uwierzyć, że jest to czytelniczy debiut! Była to wspaniała, 800 stronicowa podróż do świata magii i miłości, która pobudziła we mnie cały wachlarz emocji! Zaciekawieni? Chętnie opowiem Wam więcej! :)

Jeśli decydujecie się poznać prawdę o przyszłości, to musicie pamiętać o tym, że każde wypowiedziane słowo staje się Przeznaczeniem. To, co zakryte, może się zmienić, ale raz ujawniona przepowiednia zawsze się ziści.
Historia rozpoczyna się od przybycia Arienne, 16-letniej salmansarskiej czarodziejki, do twierdzy zwanej Ravillonem. Dziewczyna jest pełna obaw o swój los, jednak wie, że to jedyne miejsce gdzie będzie mogła się ukryć przed grożącym jej niebezpieczeństwem. Towarzysząca jej Tamira oddaje przerażoną Arienne pod opiekę dawnej znajomej Caris, winnej jej przysługę. Przerażona czarodziejka, przekracza mury Zamku nie mając pojęcia, że to właśnie tutaj, pozna swoje przeznaczenie.

Już od pierwszych chwil, spędzonych wśród ravillońskich Mistrzów, Arienne daje się poznać jako kobieta inteligentna i odważna. To cechy, które nie są dobrze postrzegane w świecie, który rządzony jest przez mężczyzn. Nie ulega wątpliwości, że jej upór i zuchwałość są powiewem świeżości wśród zamieszkujących twierdze, co czyni naszą bohaterkę interesującą kandydatką na Milady. O jej poczynaniach, rozprawia się nieustannie już od pierwszego wieczoru. Szczególne zainteresowanie wzbudza w pozornie obojętnym Mistrzu Walk. I choć wydawać by się mogło, że tych dwoje nigdy nie zazna szczęścia będąc razem, po tym w jak brutalny sposób zaczęła się ich wspólna droga, przeznaczenie bywa zaskakujące. Jak potoczą się dalsze losy niewinnej i obdarzonej wyjątkowo potężną mocą magiczną Arienne i niezrównanego w walce Mistrza Severo? O tym musicie przeczytać sami :)




Pewnie pomyśleliście teraz, banał jakich wiele, ona-młoda, niewinna piękność, on-silny dojrzały i niezwykle odważny, z pewnością się w sobie zakochają i będą magiczne zaślubiny i nagle życie w twierdzy stanie się cudownie lekkie i przyjemne? Ha! Nic bardziej mylnego. Relacje łączące Arienne i Severo trudno nazwać miłością od pierwszego wejrzenia. Przez bardzo długi czas wydaje się, że niemożliwym jest, aby narodziło się między nimi uczucie. Nie jest to więc typowy romans jakich wiele. Oczywiście rytm powieści nadaje rozwijające się relacja tych dwojga jednak autorki nie skupiły się tylko na niej.

 W Klątwie Przeznaczenia nie brakuje wątków pobocznych. Na szczególną uwagę zasługuje wykreowana przez Monikę i Sylwię struktura Świętej Organizacji. Wielkie Zgromadzenie Związku liczy trzynastu Mistrzów, każdy z nich przypisany jest do jednej domeny i posiada swój znak. Dla przykładu: Severo jest Mistrzem w dziedzinie Walk a jego znakiem jest Lew natomiast Ven jest Mistrzem Magii a jego znakiem jest kot.Władzę nad wszystkimi sprawuje Arcymistrz Frygill, zaś jego znak to Hybryda, którą tworzą wszystkie symbole mistrzowskie. Zgodnie z panującym Nowym Porządkiem, prawo dopuszcza posiadanie kobiety, zwanej w związku Milady. Co ciekawe, ich rola sprowadza się głównie do zaspakajania potrzeb mężczyzn. Feministki biorą trzy głębokie wdechy! Pamiętajmy , że akcja powieści toczy się w średniowieczu, i to co w dzisiejszych czasach wydaję się być oburzające, wówczas uchodziło za normalne. 


źródło: https://www.facebook.com/KlatwaPrzeznaczenia/

Co zaskakujące, moją ulubioną postacią nie jest ani Arienne ani Severo a Mistrz Magii Ven. Ujął mnie swoją lojalnością i oddaniem względem przyjaciół. Nie wahał się przedłożyć ich dobro nad swoje ani nawet ryzykować własnym życiem. Włada potężną magią, jak na Mistrza tej dziedziny przystało. Wiem, że Ven skradł nie tylko moje serce! Na grupie facebookowej poświęconej klątwoholikom, do której Was serdecznie zapraszam ->klik, ma całkiem sporo fanek! :)


„Niech będzie zatem, że sprzeciwiłem się waszym rozkazom. Nie skrzywdzę przyjaciela.” – Ven, Mistrz Magii

Jestem pod ogromnym wrażeniem całej historii. Przyznam, że do książki podchodziłam z dystansem, gdyż jak już napomknęłam na początku, nie gustuję w polskich autorach. Tymczasem czekało mnie tak wielkie zaskoczenie! Śmiało mogę powiedzieć, że Klątwa Przeznaczenia to najlepsza książka jaką czytałam w ostatnim czasie. Napisana jest z wielkim wyczuciem i w bardzo dobrym stylu. Narracja mieszana, pierwszo- i trzecioosobowa, pozwala ocenić sytuację z różnych perspektyw, co w moim odczuciu jest niezwykle trafionym posunięciem. Fabuła zaskakuje mnogością wątków, które płynnie się ze sobą łączą i tworzą spójną całość. Ciężko było mi uwierzyć, że jest to debiut literacki! Pokochałam Klątwę do tego stopnia, że postanowiłam stworzyć jej rysunkową recenzję, którą możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.



Na recenzji nie poprzestałam. Okazało się, że jest to dopiero początek mojej twórczości inspirowanej tą książką! Klątwa Przeznaczenia jest historią tak wdzięczną do rysowania, że postanowiłam stworzyć zakładki z Mistrzami z Ravillonu! Dostałam wiele wiadomości, o to czy chciałabym takowe stworzyć, więc odpowiadając na Wasze prośby, postanowiłam podjąć wyzwanie! Powstanie 13 klątwowych zakładek, czyli przeleję na papier moje wyobrażenie o każdym z Mistrzów. Mam nadzieję, że sprostam Waszym oczekiwaniom. Zakładki będzie można nabyć za pośrednictwem allegro i u mnie osobiście na Targach książkii w Krakowie (z kim się zobaczę? ). Chętnie poznam o nich wasze zdanie. Na zachęte zostawiam Wam zdjęcie Mistrza Severo :)


Za możliwość przeczytania Klątwy Przeznaczenia, dziękuję autorkom, Monice i Sylwii. 

To jak, kogo namówiłam na Klątwę Przeznaczenia? Nie będziecie żałować! Mam nadzieję, że podobała Wam się moja pierwsza recenzja. Z pewnością pojawią się następne. 😊

Buziaki, Kobieta z Pasją. 

piątek, 6 października 2017

BULLET JOURNAL KOBIETY Z PASJĄ, czyli jak to wszystko się zaczęło

BULLET JOURNAL KOBIETY Z PASJĄ, czyli jak to wszystko się zaczęło

Cześć wszystkim!
Bardzo się cieszę, że mogę wreszcie zacząć publikować dla Was posty na blogu! To znacznie ułatwi mi komunikację z Wami oraz pozwoli w szerszym stopniu odpowiadać na nurtujące Was pytania, które zadajecie mi najczęściej na Instagramie czy Facebooku. Mam nadzieję, że moje teksty Was nie zanudzą a wręcz przeciwnie, zaciekawią i zainspirują. Jeśli macie niedosyt zdjęć mojego Bullet Journala, to z całą pewnością blog zaspokoi Wasz apetyt, gdyż zamierzam pokazywać tutaj o wiele więcej stron z mojego notesu. Nie zabraknie również tematów około papierniczych. Będziemy przyglądać się bliżej notesom, brush penom, cienkopisom itd Chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą, przemyśleniami i doświadczeniem w tym zakresie. W zasadzie nie tylko w tym, co mogą Wam sugerować karty w górnym Menu bloga, ale o tym nie dziś :)
Dziś chciałabym opowiedzieć Wam jak rozpoczęła się moja przygoda z Bullet Journalem. To pytanie zadajecie mi wyjątkowo często. Zajrzymy więc wspólnie do mojego pierwszego BuJo i pośmiejemy się z moich koślawych wówczas dniówek. Będziecie mogli sami ocenić, jak mój charakter pisma uległ zmianie przez ten czas i jak powoli kształtował się mój styl. No to zaczynamy! :)



Moja przygoda z Bullet Journalem rozpoczęła się wraz ze startem roku 2016. Właśnie wtedy powiedziałam dość gotowym kalendarzom. Miałam ich zawsze kilka, bo nigdy nie trafiłam na ten jeden idealny, który całkowicie by mi odpowiadał. Samodzielnie drukowane plannery też nie były tym czego szukałam. I tak podczas buszowania w odmętach Pinteresta natrafiłam na BuJo. Nie będę Was oszukiwać..To była miłość od pierwszego wejrzenia! Jak tylko przeczytałam więcej o tej metodzie planowania od razu podjęłam decyzję, że MUSZĘ mieć taki notes! Moje notatki, odkąd sięgam pamięcią, zawsze były niesamowicie kolorowe i pełne rysunków. Zawsze starałam się ozdabiać środek kalendarzy, żeby zaspokoić moje poczucie estetyki i potrzebę otaczania się ładnymi rzeczami. Nie zwlekając, sięgnęłam do swoich pokaźnych notesowych zbiorów w celu odnalezienia odpowiedniego kandydata na moje pierwsze BuJo. Oczywiście, co typowe dla osoby uzależnionej od kupowania zeszytów, stwierdziłam, że żaden z posiadanych nie spełnia kryteriów. Spójrzmy prawdzie w oczy, każda okazja do nabycia nowej sztuki do kolekcji jest warta wykorzystania [sic!]. Podekscytowana udałam się do Empiku i zakupiłam szkicownik Creadu. Czas ten zdecydowanie można określić jako era przed narodzinami bum bullet journalowego w Polsce, więc o notesie w kropki dostępnym stacjonarnie nie było co marzyć. Hah! Za moich czasów [ :D ] to nawet Memo Booków nie było! Natomiast kultowy obecnie Leuchtturm1917 już wtedy nie należał do najtańszych. Postanowiłam więc, że najpierw spróbuję swoich sił w tańszym notesie, a jeśli uznam, że system ten mi odpowiada, zakupię słynnego Leszka.
I taką właśnie radę przekazuję Wam kiedy pytacie, jaki notes wybrać. NAJZWYKLEJSZY! Uwierzcie mi, lepiej przetestować różne układy w niedrogim zeszycie i bez  wyrzutów sumienia porzucić go, kiedy jednak okaże się, że to jednak  nie dla nas niż potem żałować wydanych pieniędzy na notes, który w 3/4 pozostanie niezapisany.
Jeśli chcecie, to chętnie zbiorę w całość zbiór rad i wskazówek dla początkujących i opublikuję je dla Was tutaj na blogu, napiszcie w komentarzu pod postem, jeśli chcielibyście przeczytać taki tekst.

Na zdjęciu notes, który leży na samej górze tego małego stosu, to właśnie mój pierwszy BuJo. Jesteście ciekawi jak wyglądały pierwsze zapiski? Nie ma ich nawet na moim Instagramie!


Tadaaaam! Widzicie, nie zawsze było idealnie! Było krzywo, moje pismo nie zawsze wyglądało tak estetycznie jak dziś no i nie za bardzo miałam pomysł jak ta dniówka miała wyglądać. To była totalna improwizacja i przy tym, a raczej przede wszystkim, świetna zabawa! Daleko moim początkom było do stron mojej guru Bullet Journallingu czyli Boho Berry, ale wiecie co? Zupełnie się tym nie przejmowałam! Liczyła się wielka frajda jaką mi to sprawiało, a efekty przyszły z czasem. Sami więc widzicie, że nie ma się co zniechęcać, gdy na początku nasz zeszyt nie wygląda jak rodem z Pinteresta. Co więcej on wcale nie musi tak wyglądać! Całe ozdabianie, rysunki, naklejki itd to tylko dodatek, który wcale nie jest konieczny aby nasz BuJo spełniał swoją funkcję. Jeśli zależy Ci na rysunkach i estetyce-ćwicz i się nie zniechęcaj, trening naprawdę czyni mistrza! Jeżeli natomiast przejmujesz się, że nie masz zdolności plastycznych, lub zwyczajnie nie czujesz potrzeby ozdabiania, to z tego zrezygnuj i ciesz się jego funkcjonalnością (pamiętaj, że oryginalny system wcale nie zakłada ozdabiania!). Bullet Journal jest tak fantastycznie plastyczny, że każdy może go dopasować pod siebie i myślę, że głównie dlatego wszyscy go kochamy :)



Przeprowadzka do wyczekanego Leuchtturma1917 nastąpiła po ponad 3 miesiącach prowadzenia Bullet Journala, co możecie zobaczyć na powyższej fotce. Myślę, że bez trudu zauważycie postęp, jaki miał miejsce.  Kompozycje stron zaczęły być zdecydowanie bardziej przemyślane. Wszystko stało się o wiele estetyczniejsze. Dzięki cudownym kropeczkom, które kocham miłością szczerą po dziś dzień, linijki z tekstem nie są już tak krzywe jak to miało miejsce na początku w gładkim szkicowniku.



No i  rysunki! Nie mogę nie wspomnieć o rysunkach! Papier z Leszka okazałą się być o niebo lepszy niż chropowata struktura szkicownika, więc kolorowanie cienkopisami stało się czystą przyjemnością! Przyznam szczerze, że ta strona to jedna z moich ulubionych i wracam do niej z wielką przyjemnością. Alicja w Krainie Czarów to bardzo wdzięczny temat do rysowania.


Ciekawostka: Leuchtturmy ze starszej serii nie rozkładały się na płasko! Bardzo dobrze widać to na zdjęciu z jesienną listą przyjemności. Plus dla firmy, za branie pod uwagę zastrzeżeń klientów. W nowszej edycji problem ten został całkowicie wyeliminowany. Ach, niemiecka precyzja :)



Tego notesu pewnie nie muszę nikomu przedstawiać, a już z pewnością tej strony. :) Tutaj rozpoczęło się moje Pusheenowe szaleństwo, a dokładnie wraz z początkiem roku 2017 :) Tym razem znowu postawiłam na Leuchtturma1917 i oczywiście się nie zawiodłam. Niestety jego cena nie należy do najniższych, ale z cała uczciwością mogę powiedzieć, że jest on wart każdej wydanej złotówki. Bezapelacyjnie jest w ścisłej czołówce moich ulubionych notesów.


Myślę, że warto wspomnieć, że papier lt1917 jest w stanie przyjąć akwarelę bez falowania (oczywiście woda w rozsądnych ilościach :) )! Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona.


Na sam koniec mój obecny BuJo tym razem w notesie Scribbles That Matter, który jest bardzo zbliżony właściwościami do Leuchtturma1917. Jeśli chcecie mogę zrobić dla Was porównanie tych dwóch notesów. To zdjęcie, w zestawieniu z moimi początkami, klarownie oddaje cały postęp jaki udało mi się osiągnąć. Mam nadzieję, że pokazując Wam moją całą drogę bullet journalową zaspokoiłam odrobinę Waszą ciekawość, jak to u mnie wyglądało. :)

Jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytania, zadawajcie je w komentarzach, na pewno na wszystkie odpowiem. :)

Mam nadzieję, że ktokolwiek przebrnął przez cały post i dotarł do końca :) Wybaczcie, że wyszedł taki długi, ale o czym jak o czym, ale o notesach to ja mogę opowiadać Wam bez końca! :)
Buziaki, Kobieta z Pasją :)
Copyright © 2016 Kobieta z pasją , Blogger